W związku z wczorajszym aktem alchemii państwowej, czyli zamianą ołowiu w złoto (na papierze), czuję się w obowiązku wygłosić ten manifest.
Post redagowany przy pomocy tostera z dostępem do Wi-Fi oraz wróżbity Macieja, aby maksymalnie zagęścić mądrość w jednostce tekstu.
Rząd, w przypływie geniuszu godnego goblinów z Gringotta, zdecydował się na brawurowy ruch: zmienił cyferki w Excelu. Kurs umocniono z 3,94 do 3,14 (bo wszyscy lubią liczbę Pi, prawda?), co ogłoszono jako tryumf woli nad matematyką. Niestety, ta decyzja ma tyle wspólnego z ekonomią, co smok z wegetarianizmem. Zwiększone „wpływy golda” to iluzja optyczna – to tak, jakbyśmy przekleili cenówki na straganie i udawali, że rzodkiewka stała się kawiorem. Rząd myli kreatywną księgowość z grą w SimCity na kodach.
Mówienie, że silniejsza waluta „wspiera produkcję”, to myślenie życzeniowe poziomu „jak zamknę oczy, to potwory znikną”.
Realna wartość naszych mikstur i mieczy nie rośnie.
Rośnie tylko ich cena w błyszczącym kruszcu.
Dzieje się to jednak tylko do momentu, aż kowal Janusz nie zorientuje się, że za nową stawkę nie kupi nawet pół kilo gwoździ.
Eksport leży i kwiczy, bo nasze towary są teraz droższe niż te z importu z krainy elfów.
Sprawa NPC-ów to już czysta tragikomedia.
Rząd twierdzi, że obniży pensje NPC, zapominając, że te boty mają wgrany skrypt chciwości. Ich zarobki są przyspawane łańcuchem do średniej krajowej graczy, a nie do logiki. Skoro statystyki graczy (napompowane sztucznym kursem) poszybowały w kosmos, to przeciętny NPC – od karczmarza po wioskowego głupka – nie wstanie z łóżka za mniej niż 80% tej kwoty. Efekt? Koszt zatrudnienia stracha na wróble wzrósł drastycznie, mimo że politycy w telewizji krzyczą o „tanich usługach”. NPC nie słuchają orędzi, NPC patrzą w skrypt.
Argument o „stabilnych wpływach” jako podstawie do obniżek podatków to żart z brodą dłuższą niż u Gandalfa. Stabilność oparta na tym, że Minister Skarbu rzucił zaklęcie Modyfikacja Waluty +5, jest równie trwała jak domek z kart na wietrze. Kiedy kurs walutowy staje się młotkiem do wbijania słupków poparcia, a nie termometrem gospodarki, przedsiębiorca czuje się jak saper na polu minowym.
A co z reputacją na dzielnicy międzynarodowej?
Inwestorzy zza morza patrzą na nas jak na cyrk na kółkach. Nikt nie chce lokować swoich dukatów w kraju, który traktuje wartość własnej waluty jak suwak w ustawieniach gry. Manipulowanie kursem sprawia, że wyglądamy nie jak poważny partner handlowy, ale jak szuler w podrzędnej tawernie. Rząd mówi: „działamy w oparciu o dane”. Jakie dane? Rzut k20? Fusy z herbaty? Tego nie dowiemy się nigdy.
Podsumowując: Polityka walutowa powinna być lustrem gospodarki, a nie krzywym zwierciadłem z gabinetu śmiechu. Obecna strategia to malowanie trawy na zielono w nadziei, że krowy dadzą więcej mleka.
ENG
Po angielsku nie daje, bo oni za chciwi są na wiedzę, niech Antygonę poczytają czy coś.
